TV Miłosierdzie   Radio Miłosierdzie

W pewnych dłoniach Boga

Podróż Benedykta XVI do Polski śledziliśmy od samego początku. Żona podchodziła do niej bardziej "emocjonalnie", ja "intelektualnie". Od dawna rozczytując się w jego dziełach i ceniąc je za teologiczną głębię, połączoną z niebywałą jasnością przekazu, byłem ciekaw, jakie słowa kierował będzie do nas, Polaków.

Trzeciego dnia wizyty - 27 maja 2006 r. - Ojciec Święty miał przybyć do Krakowa Łagiewnik, by spotkać się z niepełnosprawnymi i ich opiekunami. Tak się złożyło, że my też od 2,5 roku należeliśmy już do tej grupy. W 2003 r. urodziła nam się bowiem córeczka Hania, chora – jak się okazało – na tzw. zespół Aicardiego (miała częste i ciężkie napady padaczkowe, mało widziała a lekarze mówili – co okazało się prawdą - że nie będzie nigdy mówić, chodzić a nawet sama przewracać się z boku na bok). Co więcej mieszkaliśmy już wtedy... w Łagiewnikach.

Nie wybieraliśmy się jednak na to spotkanie. Uczestnictwo w nim bylo dla nas marzeniem ściętej głowy. Choroba Hani i jej leczenie (restrykcyjna dieta) były związane z tak wieloma uciążliwościami, że sądziliśmy, że to po prostu niemożliwe.

Babcia Hani i przyjaciele rodziny nie dawali jednak za wygraną. "Musicie tam być" - perswadowali, załatwili nam wejściówki i "wypchnęli" z domu. I tak z duszą na ramieniu, czy aby Hania nam czegoś nagle "nie wywinie", znaleźliśmy się w gronie szczęśliwców. Mało tego – bez problemu udało nam się stanąć przy linach wyznaczających miejsce, którym miał przechodzić.

Do dziś pamiętamy słowa, które wówczas wypowiedział – krótką papieską przemowę o tajemnicy cierpienia i Bożym miłosierdziu, o zawierzaniu się w nieszczęściu "pewnym dłoniom Boga".

„Bardzo chciałbym przytulić każdego i każdą z was” - dodał. Słowa te były tak dobre i szczere, że poczuliśmy, jakby właśnie to zrobił. I mieliśmy łzy w oczach. Ale – jak się okazało - dla nas to nie był jeszcze koniec. Na słowach się nie skończyło. Nic chyba nie odda lepiej tego co się później wydarzyło, niż fragment naszego, napisanego tuż po tym spotkaniu, wspomnienia: "Kiedy Papież zatrzymując się tu i ówdzie zmierzał do wyjścia, Marta wyciągnęła doń dłoń, rozbudzonej z drzemki, Haneczki. Ojciec Święty dostrzegł ten gest, uśmiechnął się promiennie i szybkim krokiem - przemierzając kilka dzielących go od nas metrów - podszedł do Hani. Objął dłońmi jej twarz. Nie mówił nic, tylko z wielką miłością wpatrywał się w jej oczy. Marta rozpłakała się ze szczęścia i wzruszenia. Zdążyliśmy jeszcze ucałować jego pierścień i dłoń i... słodka chwila minęła. Minęła, ale my pamiętać będziemy ją zawsze – to była bowiem jedna z najszczęśliwszych chwil w naszym życiu. Pozostały nam po niej wspomnienia, zdjęcia i papieski różaniec". Poczuliśmy też, że tym pięknym gestem Papież „błogosławi” wszystkie niepełnosprawne dzieci, bo wszystkie są przecież – w oczach Boga - równie ważne i równie kochane.

I nadal – jak zapowiadaliśmy wtedy - pamiętamy wyraz twarzy podchodzącego do Hani Benedykta XVI – ogromne ciepło i dobroć, połączone z ojcowską czułością i miłością, uśmiech i radosne błyski w oczach. I do dziś to wspomnienie i wypowiedziane przez papieża słowa dodają nam sił i otuchy w dalszym zmaganiu się z życiem i tym co ze sobą niesie.

Od tego spotkania minęło już 14 lat a Hania – mimo wielu "podbramkowych sytuacji", kiedy było z nią już bardzo źle - wciąż jest z nami i wciąż obdarowuje nas swoją miłością i radością. A my – idąc wyznaczoną nam przez Boga dosyć wyboistą drogą - na swój – może nie tak "anielski" sposób – staramy się odwzajemniać się jej tym samym. I tak to nasze życie się toczy. Raz na wozie, raz pod wozem, grunt, że w "pewnych dłoniach Boga" i w "promieniach Jego miłosierdzia".

Henryk Bejda